Próbowałam uciekać. Próbowałam wiele razy. Przy moich śmiesznie małych zarobkach z niesamowitym trudem udało mi się nawet zmienić mieszkanie. Nie wspominając o kilkakrotnej zmianie zamków. Wszystko na nic. Jeśli sama mu nie otworzę to będzie jeszcze gorzej.
Wyrywam się z otępienia. Jezu, muszę schować małą. On jest nieobliczalny, chociaż nigdy nie wykazał nią zainteresowania. Albo jakby nie mógł... Nieważne, trzeba chronić co cenne. Biegnę do małego pokoiku obok salonu, który wstyd tym nazywać. Leży tam, taka spokojna, niczego nieświadoma. Wygląda ślicznie, będzie oszałamiającą kobietą. To widać, nawet jeśli ma zaledwie osiem miesięcy. Jest niesamowicie żywotna jak na swój wiek. Serce mi się kraja, że muszę ją schować w szafie, ale to dla niej ratunek. Podnoszą ją, opatuloną w kocyki. Ogrzewanie już dawno tu nie działa. Nie działało, gdy się wprowadzałyśmy. Całuję jej czółko, policzki, piąstki. Uśmiecha się do mnie radośnie. W dodatku tak rzadko płacze, to skarb. Niesamowity, tylko mój. Jedyna dobra rzecz jaka mnie spotkała w tym całym koszmarze. Niebo to naprawdę centrum piekła.
Żałuję, że nie spała, ale jest cicho. Mam nadzieję, że zaśnie zanim wszystko się zacznie. Może wtedy nie zacznie płakać. Uśmiecham się, gdy otwieram drzwi, w które łomotał. Ale ten uśmiech nie jest przeznaczony dla niego.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz